Te systemy nie są jednak „Skynetem”. Zarówno ukraińskie moduły Wolly i Droid TW 12.7, jak i podobne rozwiązania z innych państw, to wciąż przede wszystkim broń zdalnie sterowana: operator siedzi kilkaset metrów czy kilka kilometrów dalej i podejmuje decyzję o użyciu ognia, a algorytmy pomagają w obserwacji, celowaniu czy nawigacji.
Przykłady z zagranicy pokazują, dokąd zmierzamy. Koreański system strażniczy SGR-A1, rozlokowany w strefie zdemilitaryzowanej z Koreą Północną, łączy kamery, czujniki, rozpoznawanie sylwetek i możliwość autonomicznego prowadzenia ognia – choć oficjalnie zawsze „pod kontrolą człowieka”. Jednocześnie ONZ i organizacje praw człowieka naciskają na traktat ograniczający tzw. lethal autonomous weapons systems – systemy, które same wybierają i atakują cele na podstawie danych z sensorów.
Na ile takie rozwiązania są do wdrożenia już dziś? Technicznie – w wersji „człowiek w pętli” – w dużej mierze tak. Ukraina pokazuje, że zrobotyzowane posterunki oparte na naziemnych dronach i zdalnych wieżyczkach mogą realnie odciążać piechotę. Problemem nie jest sama platforma, lecz niezawodne łącza, odporność na zakłócanie, logistyka oraz – co coraz ważniejsze – ramy prawne i polityczne.
A Polska? Tu także klocki tej układanki już istnieją. Robot PIAP HUNTeR, polski bezzałogowy pojazd lądowy, został zaprojektowany właśnie do patrolowania granic, ochrony infrastruktury i wsparcia ogniowego, może działać w trybie zdalnym i półautonomicznym, a nowsze wersje są już testowane w zadaniach ochrony granicy. Wojsko Polskie intensywnie rozwija też drony powietrzne i systemy rozpoznania. Przynajmniej w oficjalnej propagandzie, ale jak jest w rzeczywistości. Trudno powiedzieć, bowiem biznes, który pracuje nad takimi rozwiązaniami kontestuje gotowość polityków i wojskowych do aktywnej współpracy. Rozwiązania wolimy kupować z półki.
Czy więc da się zbudować „polskie reduty przyszłości” na granicy z Białorusią? Technicznie – tak, w horyzoncie kilku lat: sieć zdalnie sterowanych punktów obserwacyjnych, wspieranych naziemnymi robotami i dronami, jest w naszym zasięgu. Bardziej wątpliwe jest wdrożenie w pełni autonomicznych systemów śmiercionośnych. Po pierwsze, Polska uczestniczy w debacie o „killer robots”, gdzie rośnie nacisk na zachowanie „znaczącej kontroli człowieka” nad użyciem siły. Po drugie, zastosowanie takiej broni na granicy – wobec mieszanego ruchu migrantów, przestępców i działań hybrydowych – niosłoby gigantyczne ryzyko polityczne i wizerunkowe.
Na razie więc jesteśmy bliżej „Terminatora” w wersji z operatorem za ekranem niż samodzielnie decydujących maszyn. I dobrze – bo to nie technologia, lecz prawo i odpowiedzialność zdecydują, czy obrona stanie się bardziej inteligentna, czy tylko bardziej nieludzka. Tak czy inaczej kierunek zmian w prowadzeniu wojen jest jasno określony.